Kategoria: News, WywiadyTag: , , ,

Roba Halford: Moje najlepsze i najgorsze koncerty wszech czasów.

„Mieliśmy sporo szczęścia,” wspomina Rob Halford. „Zdecydowana większość wszystkich koncertów jakie zagraliśmy na całym świecie to niesamowite przeżycie. Mówię dosłownie o tysiącach występów, o czymś z czego jesteśmy dumni i bardzo się cieszymy.”

Po chwili przerwy, chichocząc dodaje: „Oczywiście, było też kilka złych koncertów. Złe przypadki zdarzają się każdemu zespołowi — wzmacniacze wybuchają lub odmawiają współpracy. Pewne rzeczy są poza kontrolą. Przy odpowiednio dużej ilości koncertów każdemu się przydarzą.”

Podczas rozmowy z Music Aficionado, Halford opowiada o najlepszym, ikonicznym koncercie z 1985 który zapadł mu najbardziej w pamięci podczas ponad 40-letniej działalności na scenie. Z drugiej strony, wspomina też najgorszy koncert, totalną wpadkę — gdzie wszystko poszło nie tak.

Najlepszy

„Trudno jest wybrać ten jeden najlepszy koncert, ale uważam nasz występ na Live Aid w Filadelfii w 1985 jako szczególnie pamiętliwy. Był to wspaniały koncert, który zwrócił uwagę na ubóstwo na świecie, szczególnie na to, co działo się w tamtych czasach w Afryce. Jak niektórzy mogą pamiętać, na całe show składały się dwa koncerty dziejące się w Filadelfii i Wielkiej Brytanii. Były transmitowane prze satelitę dla milionów widzów. Bycie uczestnikiem tego wydarzenia to coś niesamowitego”.

„Nagrywaliśmy akurat album ‚Turbo’ na Bahamach, kiedy podszedł do nas organizator tego koncertu, Bob Geldolf. Dosłownie wskoczyliśmy w samolot do Filadelfii. Wszystko wydarzyło się w ciągu 48 godzin”.

„Pamiętam kiedy spacerowałem po backstage. Dookoła było pełno schodów i stopni a całość wydarzyła się zanim pojawiły się telefony komórkowe, więc nikt nie był przyklejony wzrokiem do ich ekranów. Zobaczyłem pewną kobietę i pomyślałem ‚O Boże. To Joan Baez!’ Moje myśli od razu przeskoczyły do tego znanego utworu Diamonds and Rust który scoverowaliśy i pomyślałem, ‚Co jeśli nie podoba się jej nasza wersja?’ I wiesz co się wydarzyło? Podeszła do mnie i powiedziała, ‚Cześć, Rob. Jestem Joan, i chciałam Ci tylko podziękować za to, co zrobiliście z Diamonds and Rust.’ Rozumiesz? A potem dodała: ‚Tak tylko Ci powiem, jest to ulubiona wersja mojego syna, spośród wszystkich utworów jakie ja napisałam’. Dosłownie podeszła do mnie, tylko po to, żeby mi o tym powiedzieć. To prawdziwy profesjonalizm w najczystszej formie”.

„Na scenie, mieliśmy bardzo dobrą zapowiedź przez Joe Piscopo z Saturday Night Live. Uścisnęliśmy dłonie, a on naprawdę uniósł wzmacniacz Marshalla i oparł o ramię. To spory, umięśniony facet. Był to dobry start, który umocnił naszą odwagę. Szczerze powiedziawszy, nie mieliśmy za dużo czasu żeby o tym pomyśleć. Wyszliśmy na scenę i zagraliśmy Living After Midnight, The Green Manalishi oraz You’ve Got Another Thing Coming. Dobrze się bawiliśmy i cieszyliśmy się z obecności Sabbath — Ozzy wrócił do zespołu na ten jeden koncert. Byliśmy jedynymi dwoma zespołami metalowymi podczas Live Aid”.

„Po naszej części, stanąłem za sceną i obserwowałem innych wykonawców. Wspaniale było zobaczyć duet Micka Jaggera i Tiny Turner, tak samo jak oglądać mojego przyjaciela Roberta Planta. Cały wieczór był niesamowity, łączył tyle gatunków muzycznych”.

„Dla mnie, moment szczytowy tego wieczoru przypadł później. Nocowaliśmy w ‚Four Seasons’ w Filadelfii. Było już bardzo, bardzo późno, gdy ktoś powiedział mi o imprezie w apartamencie na przeciwko ulicy. Poszedłem tam, wjechałem windą na górę, ktoś zawołał, ‚Rob, wejdź!’. Tak więc wszedłem i zobaczyłem tego faceta stojącego w narożniku — Jack Nicholson. O mój Boże! Stał sobie z drinkiem w ręce. Nie mogłem uwierzyć”.

„Podszedłem więc do niego i zapytałem czy dobrze się bawi, na co odpowiedział: ‚Pewnie, tak tylko się kręcę. Nie znam tu nikogo. Ale hej, co za wspaniały dzień.’ Kontynuowaliśmy naszą pogawędkę, jakbyśmy znali się od dawna. Gość taki jak Jack promieniuje niezwykłą aurą, a jest przy tym taki przyjazny i przyziemny. Podczas naszej rozmowy podeszło dwóch pijanych gości — ‚Hej, Jack, byłeś zajebisty w ‚Kukułczym gnieździe’. Lśnienie, człowieku, najlepszy film ever!’ Gdy sobie poszli, zapytałem go, ‚Domyślam się, że przytrafia Ci się to na okrągło’ a on na to: ‚Tak, ale nie ma problemu. Miło jest wiedzieć, że ludzie lubią to co robię’.”

Najgorszy

„To było w Toronto, podczas naszego ostatniego koncertu na trasie Painkiller w 1991. To ten występ, w którym walnąłem się w głowę podczas wjeżdżania moim Harleyem na scenę. Byliśmy wtedy w garderobie, gdy ktoś wparował do pokoju krzycząc, że puszczają już taśmę z naszym intro. Włączono ją za wcześnie, bo zazwyczaj puszczają je kiedy stoimy już za sceną, chwilę przed wyjściem do publiczności”.

„Wszyscy na raz, biegamy w kółko jak kurczaki bez głowy. Ponieważ był to ogromny stadion baseballowy i wszędzie było daleko, mogliśmy się przemieszczać tylko wózkami golfowymi. Wskakujemy więc do wózków i pędzimy w kierunku sceny. Wraz z Glennem [Tiptonem] dotarliśmy w miarę szybko. On wbiegł na scenę na swoje miejsce, a ja wskoczyłem na motor czekający za platformą na perkusję. Na tej konkretnej trasie, przed pierwszym utworem, Hell Bent for Leather, motor wyjeżdżał zza podnośnika z platformą perkusyjną. Próg platformy unosił się do góry na podnośnikach hydraulicznych — wszystko zazwyczaj perfekcyjnie spasowane”.

„Ze względu na zamieszanie z taśmą intro, zdecydowano o restarcie show. Problem w tym, że nikt mi o tym nie powiedział, więc wyjechałem na motorze warcząc silnikiem. Ekipa techniczna, jednakże, zaczęła już opuszczać hydraulikę. I kiedy wylatywałem na scenę, uderzyłem głową o dolną część opuszczanego stopnia, obracając się podczas spadania z motoru o 360 stopni. Straciłem przytomność. Leżałem na podłodze a motor pojechał w innym kierunku. Leżę więc, pod gęstą chmurą dymu z suchego lodu i kiedy odzyskuję przytomność słyszę jak zespół gra instrumentalnie ‚Hell Bent for Leather’ po raz pierwszy w historii. [Śmiech] Może publiczność myślała, że próbujemy nowe otwarcie koncertu”.

„Przez ten suchy lód nikt nie mógł mnie znaleźć. Nagle poczułem kopiącą mnie nogę i zobaczyłem Glenna, tak jakby mnie szturchającego. Zespół dotrwał do końca utworu a wszyscy fani byli zdezorientowani — ‚Gdzie jest Rob?’ W końcu, zostałem ocucony i podniesiony z podłogi. Koncert przerwano na kilka minut — ‚ Jesteś OK?’, ‚Tak, wszystko OK.’ Ale prawdą jest, że nie byłem OK. Odczuwałem ból i kręciło mi się w głowie. Jakoś dałem radę do końca koncertu. Potem już, przeszło mi przez myśl, ‚może powinnyśmy wtedy przestać’, bo nie wiedziałem jeszcze jakie odniosłem urazy. Poniosła mnie chwila. Dopingujący fani podnieśli mnie na duchu i mogłem pogrążyć się w koncercie”.

„Po koncercie, załoga karetki założyła mi kołnierz na szyję i wyniosła na noszach, odwożąc później do szpitala. Wykonali prześwietlenie rentgenem całego ciała i jak się okazało, miałem uraz kręgów szyjnych. Nie było więc tak źle, ale kołnierz musiałem nosić jeszcze przez tydzień. Mogło być dużo gorzej. Biorąc to pod uwagę, był to prawdopodobnie mój najtrudniejszy koncert w życiu. Ale cóż, to jest właśnie rock ‚n’ roll. Nie może być tylko pięknie i gładko”.

źródło: http://web.musicaficionado.com
tłumaczenie: Maidenman